Category Archives: Aktualności


Lodowe krainy cz. 3

Nie do końca wiadomo, jak to działa, ale jeśli Maciek Sodkiewicz przejmie Inatiz i dopłynie na jakąś wyspę – to musi tam znaleźć kopalnię. Zatem Grenlandia – największa wyspa świata nie będącą kontynentem – nie może być wyjątkiem…
W weekend Maciek trafił do 
Qullissat, porzuconej osady górniczej, w której znajdowała się jedyna na Grenlandii kopalnia węgla kamiennego. Oczywiście spróbowaliśmy zrozumieć, co doprowadziło do porzucenia osady, która w latach 50tych XXw. była trzecim co do wielkości miastem Grenlandii, a w momencie decyzji o likwidacji kopalni była tętniącą życiem społecznością…
Niektórych decyzji – trochę jak w dzisiejszych wielkich korporacjach – nie sposób jednak zrozumieć…
Ewa Banaszek
Żeglując wzdłuż zachodniego wybrzeża, na północ od zatoki Disko, Maciek zakotwiczył naszą pomarańczową dziewczynę na przeciw porzuconej osady, w której do 1972 roku działała jedyna na Grenlandii kopalnia węgla kamiennego. Qullissat, bo tak nazywa się to miejsce, miało całkiem niesamowitą historię – i powstania, i opuszczenia przez ludzi!
Większość osad na Grenlandii powstawała albo wokół tradycyjnych obozowisk Inuitów, w miejscach gdzie było łatwo polować lub łowić ryby, albo w dobrze osłoniętych zatokach fiordów, gdzie statki duńskich kolonizatorów mogły bezpiecznie schronić się przed wymagającą arktyczną pogodą.
Jednak Qullissat powstało w 1924r od razu jako przemyślany projekt rządu w Kopenhadze – kopalnia i obsługująca ją osada miały być sztandarowym dowodem na to, że na Grenladnii da się stworzyć „nowoczesną kolonię”, której gospodarka będzie oparta nie na pozyskiwaniu skór, tranu czy ryb – ale na przemyśle zapewniającym pracę autochtonicznym mieszkańcom.
Początkowo projekt okazał się sukcesem: Stosunkowo łatwo dostępne pokłady węgla można było skutecznie wydobywać prostymi technikami, Inuici chętnie podejmowali pracę, przybywając do osady całymi rodzinami, a duńskie władze zapewniały nowoczesne – jak na tamte czasy i rejon – domy i infrastrukturę. W efekcie w latach 30tych XXw kopalniane miasteczko było najszybciej rosnącą społecznością na całej Grenlandii.
Gdy wybuchła II wojna światowa i Dania została zajęta przez hitlerowskie Niemcy, Qullissat tylko zyskało na znaczeniu: jedyna kopalnia węgla na Grenlandii podwoiła wydobycie i pozwoliła mieszkańcom wyspy uniezależnić się od dostaw z zewnątrz. I to mimo, że praca odbywała się bez pomocy maszyn, a sztolnie nie miały nawet elektrycznego oświetlenia.
Podczas gdy warunki pracy w kopalni były prymitywne, w osadzie żyło się raczej wygodnie i nowocześnie: w 1943 roku powstało kino, dwa lata później otwarto dobrze wyposażony szpital, który miał służyć społeczności całego regionu. W domach zainstalowano połączone z bojlerami kaloryfery.
Jednak gdy opadła euforia po zakończeniu wojny, perspektywy dla kopalni i osady stały się mniej różowe: Górnicy grozili strajkiem, bo wciąż nie zapewniano im nowoczesnych narzędzi, jednocześnie śrubując planowane wydobycie. Otwierane przez prywatne firmy kopalnie kryolitu proponowały lepsze pensje, co wymusiło podwyżki płac – i sprawiło, że wydobycie węgla stało się deficytowe.
A co chyba najgorsze, zyskujący coraz większą autonomię rząd Grenlandii w strategicznym planie rozwoju wyspy na lata 50te i 60te XXw postanowił, że gospodarka wyspy ma opierać się na rybołówstwie. Wydobycie surowców ma być ograniczane, a kopalnia i osada Qullissat mają zostać zlikwidowane.
Nie bacząc na odgórne decyzje osada kwitła: w 1952 roku liczyła blisko tysiąc mieszkańców i była trzecim co do wielkości miastem Grenlandii. Mistrzostwo Grenlandii w piłce nożnej 1960 zdobyła drużyna Nanok Idraetslag – jedna z kilku, w których grali pracownicy kopalni. W infrastrukturę kopalni wciąż nie inwestowano, więc produkcja balansowała na (lub poniżej) granicy opłacalności, ale mimo to 1966r kopalnia wydobywała już 40 000 ton węgla, a społeczność osady liczyła już ponad 1400 mieszkańców, nie tylko Grenlandczyków i Duńczyków – ale i Szwedów, Norwegów i Szkotów…
Wreszcie w 1968 roku rząd autonomicznej już Grenlandii zorientował się, że plan stopniowego wygaszania osady się nie powiódł – i aby zrealizować uchwaloną blisko 20 lat wcześniej strategię trzeba podjąć drastyczne kroki: Górników zaczęto intensywnie nakłaniać, by przekwalifikowali się na rybaków, mimo że połowy dorsza dramatycznie spadały już od kilku lat. Zakazano remontowania mieszkań i naprawiania infrastruktury – co w ciągu 4 lat nakłoniło do wyprowadzki wszystkich obcokrajowców i około 700 Grenlandczyków.
Wreszcie 4 października 1972 roku ostatecznie zamknięto kopalnię, a pozostałych 500 mieszkańców przymusowo relokowano do innych miejscowości. Jeszcze w tym samym roku opuszczona już osada została sprzedana prywatnemu przedsiębiorcy, który miał ją rozebrać i zlikwidować wszelkie ślady po jej istnieniu.
Na nasze szczęście zatarcie śladów po czasach świetności Qullissat również się nie udało: choć część budynków rozebrano, wciąż wiele znajduje się w całkiem niezłym stanie. Pod szkieletami tuneli osłaniających kiedyś przed arktyczną pogodą wciąż można odnaleźć tory, po których transportowano urobek. W dawnym szpitalu stoją resztki aparatu Roentgena, z którego sprowadzenia w 1946r społeczność była bardzo dumna. Wannę w szpitalnej łaźni starczyłoby w zasadzie umyć…
Prywatne domy, które ocalały są w zaskakująco dobrym stanie – i są zamknięte. Służą za letnie mieszkania dla dzieci i wnuków tych, którzy pięćdziesiąt lat temu zostali stąd wysiedleni. Ich kolorowe ściany w postapokaliptycznym krajobrazie tylko pogłębiają poczucie absurdu historii tej osady.
Ewa Banaszek

Żeglarstwo wyprawowe, czyli praca zespołowa

Ile widzi kapitan? wypływając z portu zabiera ze sobą najświeższą prognozę, która daje wiarygodną orientację, co będzie działo się w pogodzie na góra trzy dni naprzód. Potem, z dala od brzegu, zostaje obserwacja barometru i chmur na horyzoncie. Jeśli są nadawane dla danego regionu, można próbować wsłuchiwać się w prognozy nadawane na falach HF, współcześnie można też wznosić modły do wszelkich sił wyższych, by na rozfalowanym oceanie, pod ołowianym niebem, ten czy inny satelitarny serwis meteo pozwolił ściągnąć GRIBa (nie wiedzieć czemu, transmisja zrywa się zazwyczaj na poziomie 90-95% i – najczęściej trzeba zaczynać od nowa…). Na wodach, gdzie grozi spotkanie z górami lodowymi można obserwować też (szczególnie we mgle) temperaturę wody i ekran radaru. I być przygotowanym na wszystko.
Można też mieć zespół brzegowy Doświadczonych przyjaciół, którzy będą monitorować wszystkie zmiany modeli pogodowych, ściągną każdą najświeższą mapę lodową, złożą wszystkie informacje w całość – i w jednym satelitarnym SMSie (no czasem trzech ) zasugerują rozwiązanie zagadki nawigacyjnej, której kapitan wypływając z portu nie by w stanie przewidzieć.
„Przy Grenlandii będzie niż. Ciekawy. Jeśli będziecie na 58 46N 043 20W w pon o 1200 UTC, ale nie szybciej, przepuścisz wiatr przodem”... A jest piątkowe popołudnie, Inatiz żegluje niespiesznie pod pełną genuą w łagodnym baksztagu, a załoga cieszy się pierwszymi od czterech dni przebłyskami słońca. Do wyznaczonego punktu jeszcze 300 mil – więc trzeba przerwać tą sielankę. Ale doświadczenie nasze konsekwentnie uczy, że z brzegu po prostu widać – więcej.
Jak bardzo „więcej” kapitan zazwyczaj dowiaduje się w porcie, gdy zobaczy mapy pogodowe ze swojego przelotu
Podobnie z sytuacją lodową. Ta w okresie topnienia lodu i silnych sztormów zmienia się istotnie nawet z dnia na dzień. Mapa lodowa sprzed 9 dni w momencie dopływania do wybrzeża Grenlandii ma umiarkowaną wartość, ale znów – w naszym projekcie kapitan nigdy nie zostaje sam
„Nowa mapa lodowa: po poniedziałkowym sztormie: wszystko poniżej Paamiut zabite lodem. Uważaj na jęzor lodu N-S do 60 30N 49 30W”
I nawet jeśli wiatr i dryf nieco przesuną pole lodowe, gdy bryły lodu pojawia się się na rozfalowanym morzu, wiadomo z której strony je omijać. Bo rzeczywistość czasem rozmija się z prognozami, a koniec końców decyzje podejmuje zawsze kapitan. Ale jeśli na bieżąco przekaże na brzeg to co widzi, za chwilę otrzyma lepsze wsparcie.
To wszystko tylko z pozoru wydaje się proste: Trzeba stale pracować razem, budując wzajemne zaufanie, tworząc wspólny język szybkiej i zrozumiałej komunikacji. Na wodzie trzeba umieć przyjmować rady, na lądzie podporządkować rozkład dnia potrzebom kapitana, który żegluje gdzieś na końcu świata, często w innej strefie czasowej. Nasz zespół pracuje razem przez cały czas trwania projektu – bez względu na to, gdzie akurat się znajdujemy. Mocno wierzymy, że dzięki udaje się bezpiecznie realizować śmiałe plany
..a że czasami któryś z kapitanów powie ekipie na brzegu, że jest skuteczniejsza niż osławiony Pegasus? To tylko taki skutek uboczny
Ewa Banaszek

Świętowanie po Grenlandzku

Kiedy najlepiej dotrzeć na Grenlandię? Oczywiście w święto narodowe!

Po przeczekiwaniu sztormowej pogody na Wyspach Owczych i pośpiesznej wymianie załogi w Reykjaviku żegluga w kierunku Grenlandii miała być już miła i spokojna – a okazała się całkiem emocjonującym lawirowaniem między głębokimi niżami, mgłą i polami lodowymi szczelnie otulającymi całą południowy koniec tej arktycznej wyspy.

Załoga 3 etapu zostawiła za rufą ponad 1000 mil i dziewięć dni żeglugi nim w końcu Inatiz dotarła do brzegów Grenlandii – w zacisznym porcie Paamiut. Ale za to jakie czekało na nas powitanie! Trafiliśmy do osady w dniu święta narodowego Grenlandii – ustanowionego w najdłuższy dzień roku, by uczcić tak cenne w Arktyce światło i początek lata przyjaznego ludziom lata. Jeszcze nim na dobre podaliśmy cumy, już przyjmujący nas do burty swojego kutra rybacy zaprosili nas do wspólnego świętowania.

Jak się świętuje na Grenlandii? Przede wszystkim: elastycznie. Ponieważ pogoda okazała się mało letnia (mówiąc wprost – lało), pani burmistrz osady zdecydowała o przeniesieniu festynu z udekorowanego grenlandzkimi flagami centralnego placu osady do hali sportowej.

Po drugie: wspólnie. W szybkie przenosiny nagłośnienia, grilli i stołów zaangażowali się po prostu wszyscy. Grille ktoś przewiózł wózkiem widłowym, głośniki przejechały pickupem lokalnej firmy budowanej, a nawet demonstracyjnie zblazowane nastolatki pomagały przenosić ławki

Po trzecie: tradycyjnie. Dla Inuitów, również tych żyjących na Grenlandii świętowanie nieodłącznie związane jest z dzieleniem się jedzeniem z całą społecznością. Dlatego food sharing był chyba najważniejszym punktem programu. Serwowano grillowaną fokę, gotowanego woła piżmowego, oraz wieloryba w dwóch postaciach: z grilla oraz w postaci plastrów odcinanych z mrożonej bryły mięsa – coś a la carpaccio Jedzenia nie mogło zabraknąć, więc gdy przygotowane zapasy się przerzedziły, pewna starsza pani po prostu przyniosła z domu kolejną fokę, podzieliła ją na miejscu i po prostu dorzuciła na grilla.

Po czwarte: z szacunkiem dla duchów natury. Co prawda w Paamiut stoi jeden z najstarszych kościołów na Grenlandii, a misjonarze pojawiali się tu od końca XVIII wieku, wszyscy wiedzą, że złe duchy trzeba odstraszyć nim zacznie się świętować. Było to zadaniem poprzebieranych za czarne, straszliwe stwory dzieci – które swoją rolę traktowały śmiertelnie poważnie.

Po piąte: różnorodnie. wszyscy bawili się równie dobrze przy tradycyjnej muzyce akordeonu wykonywanej przez starszego już wiekiem Kaia Olsena (dowiedzieliśmy się później, że ma status Grenlandzkiego folkowego celebryty), jak i ostrym rocku wykonywanym przez rodzinną kapelę

Wreszcie: grając w piłkę. Na koniec festynu, mimo wciąż padającego deszczu, na boisko wyległa chyba połowa osady, zawodników było znacznie więcej niż 22, a podział na drużyny mocno symboliczny. Ale Emocji i pięknych goli nie brakło!

…uff, działo się… a to tylko początek grenlandzkich emocji

Ewa Banaszek

VIII Parada Świętojańska. Bractwo Kaphornowców na pokładzie STS Pogoria.

22 czerwca br. odbyła się VIII Parada Świętojańska organizowana po raz kolejny przez Pomorski Związek Żeglarski. Pomimo trudnych warunków pogodowych, ulewne opady deszczu – parada odbyła się zgodnie z planem. Zaprezentowały się większe żaglowce, w tym świeżo po remoncie i podniesieniu bandery STS „Kapitan Głowacki”, który prowadził tegoroczną paradę, a towarzyszyły mu STS „Pogoria” i „Fryderyk Chopin”.

Na pokładzie „Pogorii” zgromadzili się goście szczególni, a mianowicie: Senator RP Sławomir Rybicki, wnuczka budowniczego portu w Gdyni Tadeusza Wendy – Hanna Wenda-Uszyńska, córka matki chrzestnej żaglowca, Danuty Długołęckiej, Beata Kiercz oraz Bractwo Kaphornowców, które tego roku obchodzi swoje 50-lecie. O godzinie 10.00 padła komenda do podniesienia Proporca Bractwa Kaphornowców. Na dzwonie okrętowym wybite zostały dwie szklanki.  Grotmaszt Marek Padjas wręczył medale 50-lecia. Takie pamiątki trafiły do rąk Hanny Wendy-Uszyńskiej, prezesa PoZŻ Bogusława Witkowskiego i wiceprezesa ds. armatorskich Jarosława Kuklińskiego. Wydana została piąta kartka okolicznościowa z serii ,,Polskie żagle przy Hornie”. Tym razem z wizerunkiem STS Pogoria. Docelowo mają się ukazać wszystkie żaglowce i jachty, które pod polską banderą dotarły na Przylądek Nieprzejednany. Bractwo planuje również wydanie trzeciej już edycji książki ,,Pokłon Hornowi”, w której zawarte są relacje z wypraw.

Chwilę później kapitan żaglowca Maciej Leśny dał komendy do odcumowania i udania się na miejsce startu parady na wysokości mola w Brzeźnie. Po drodze mijaliśmy Dar Pomorza i Dar Młodzieży, które tym razem pozostały na swoich miejscach postoju w Basenie Prezydenta. Zanim dotarliśmy na linię zbiórki postawiono część żagli. W większości żeńska załoga doskonale poradziła sobie z tym zadaniem. Przed uformowaniem kolumny marszowej goście i załoga zostali zaproszeni do messy aby skosztować okazjonalnego tortu.

Córka matki chrzestnej żaglowca, Beata Kiercz, która przyjechała tu specjalnie z Krakowa, ofiarowała na ręce Bogusława Witkowskiego niezwykłą pamiątkę. Otóż przywiozła ze sobą i w imieniu swojej mamy wręczyła szyjkę od butelki szampana. Tej, która zdała swój egzamin podczas wodowania „Pogorii” 23 stycznia 1980 roku. Podczas rejsu była też możliwość wpisania się do księgi pamiątkowej żaglowca.

STS Pogoria to legenda polskiego żeglarstwa – pierwszy w historii żaglowiec zaprojektowany i zbudowany w Polsce. Statek został zaprojektowany przez słynnego polskiego konstruktora Zygmunta Chorenia, zbudowany w Stoczni Gdańskiej w 1980 r. STS Pogoria powstała na potrzeby programu telewizyjnego Latający Holender dla szkolenia i wychowania morskiego młodzieżowego, realizowanego m.in. przez Bractwo Żelaznej Szekli. Na niej kpt. Krzysztof Baranowski prowadził swoją Szkołę pod Żaglami. W ciągu ponad 40 lat żeglowania Pogoria zdołała opłynąć świat, dotrzeć na Antarktydę i pokonać przylądek Horn. Przez jej pokład przewinęło się ponad 30 tys. ludzi.

Właścicielem większościowym statku jest Polski Związek Żeglarski, armatorem Pomorski Związek Żeglarski. Cele obu Związków wpasowują się w ideę szkoleniową żaglowca, są to m.in. promowanie żeglarstwa, rozwijanie umiejętności ludzi związanych z tą dziedziną, jak również ochrona dziedzictwa kulturowego oraz historycznego związanego z europejskim żeglarstwem.

STS Pogoria obecnie nucza młodych adeptów żeglarstwa na Morzu Śródziemnym przy pomocy doświadczonej kadry szkoleniowej.

Zdjęcia: Elżbieta Kasińska, Cezary Spigarski, Marek Padjas

Polskie żagle przy Hornie – seria kolekcjonerska

Wydana została piąta kartka okolicznościowa z serii ,,Polskie żagle przy Hornie”. Tym razem z wizerunkiem STS Pogoria. Docelowo mają się ukazać wszystkie żaglowce i jachty, które pod polską banderą dotarły na Przylądek Nieprzejednany. Do nabycia w UP Gdańsk 50.

Tam gdzie kończy się świat – 50 lat Bractwa Kaphornowców

Bractwo Kaphornowców jest dostępne dla każdego, pod jednym tylko warunkiem: kandydat musi wykazać się opłynięciem Przylądka Horn pod żaglami. Tymi słowami rozpoczął swoje wystąpienie kapitan Marek Padjas Grotmaszt Bractwa Kaphornowców podczas jubileuszowej gali zorganizowanej z okazji 50. lecia Bractwa Kaphornowców.

Obchody rozpoczęły się już 29 lutego oddaniem hołdu wielkim poprzednikom. Delegacje zapaliły znicze i złożyły symboliczne czerwone róże przy pomnikach ,,Tym co na wiecznej wachcie”, oraz na kwaterach byłych grotmasztów i założycieli Bractwa.

1 marca o godzinie 11.00 w kościele p.w. Świętego Jakuba w Gdańsku odprawiona została Msza Święta w intencji żyjących i zmarłych Sióstr i Braci Kaphornowców. Ofiarę sprawowali Ojciec Edward Kryger Gwardian Domu i Kościoła, oraz Ojciec dr Edward Pracz  kierujący Duszpasterstwem Ludzi Morza Centrum „Stella Maris”.  Ufundowano tę świątynię żeglarzy i żebraków 18 marca 1415 roku. W jej cieniu powstał niebawem szpitalik i przytułek dla szyprów – ostatnia przystań ludzi morza. Święty Jakub jest patronem wędrowców. W kościele znajduje się pamiątkowa tablica Bractwa odsłonięta 4 marca 1994 roku.

Główne obchody zorganizowano w Narodowym Muzeum Morskim na Ołowiance. Licznie zgromadzeni oficjele, goście, żeglarze oraz kaphornowcy przybyli na to spotkanie. Rozpoczęło się od Hejnału Bractwa Kaphornowców i minuty ciszy za tych którzy na zawsze pozostali na Hornie. Legenda głosi, że w ciałach albatrosów, których jest tam bez liku znajdują się dusze żeglarzy. Dla podkreślenia wagi tej chwili Męski Chór Szantowy Zawisza Czarny zaśpiewał znaną pieśń ,,Odpłynął John do Hilo”

 

W imieniu jubilatów słowa powitania wygłosili prowadzący: Elżbieta Kasińska i Aleksander Gosk. Następnie głos zabrał Grotmaszt Marek Padjas. W swoim wystąpieniu powiedział:

,,…Mówią, że wolno nam o wiele więcej niż innym żeglarzom na świecie. Możemy na przykład gwizdać na pokładzie, siusiać i pluć pod wiatr, a nawet kompletnie lekceważyć obowiązującą na jachcie hierarchię. Możemy więc robić to, za co każdy inny żeglarz pewnie natychmiast zostałby wyrzucony za burtę lub co najmniej umieszczony na rei masztu do końca wachty. Ale jesteśmy elitą. Elitą wśród elit, najwyższym autorytetem wśród żeglarskiej braci. Bo, choć po latach o swym wyczynie mówimy z pewną nonszalancją, nie ukrywamy, że opłynięcie Przylądka Horn nobilituje. To dlatego w 1974 roku, 50 lat temu, założono Bractwo Kaphornowców. Sprawcami byli Tadeusz Jabłoński, Zenon Gralak i Kazimierz Kołodziej – redaktorzy Głosu Wybrzeża, twórcy Nagrody Rejs Roku…”

Wśród zaproszonych gości obecni byli bliscy twórców Bractwa Kaphornowców, których powitano gromkimi brawami.

Członkowie Bractwa spotykają się dwa razy w roku – w pierwszy piątek marca w Gdańsku w rocznicę pierwszego przejścia Przylądka Horn przez Dar Pomorza i drugą sobotę listopada na pokładzie ,,Białej Fregaty” w Gdyni, która jest oficjalną siedzibą stowarzyszenia. Jest to też okazja do gratulacji i podziękowań. W tym roku takie honory i tytuł ,,Przyjaciela Bractwa Kaphornowców” otrzymali dr Tomasz Chamera – Prezes Polskiego Związku Żeglarskiego, wiceprezes Polskiego Komitetu Olimpijskiego, wiceprezydent World Sailing, dr Robert Domżał – dyrektor Narodowego Muzeum Morskiego, Cezary Spigarski – Fundacja Promocji Przemysłu Okrętowego i Gospodarki Morskiej, oraz Bogusław Witkowski – wiceprezes Polskiego Związku Żeglarskiego, Prezes Pomorskiego Związku Żeglarskiego (niestety był nieobecny – usprawiedliwiony).

Nazwa Horn pochodzi od małego miasteczka Hoorn w Niderlandach, niedaleko Amsterdamu, gdzie urodził się Willem Corneliszoon Schouten. Ponad 400 lat temu dowodząc statkiem „Unitie”, w poszukiwaniu drogi na Daleki Wschód, 29 stycznia 1616 roku odkrył cypel z wielką skałą. Góra miała w sobie coś mistycznego – wokół wył szalony wiatr, a jej wierzchołek spowity był oparami mgły. Choć od tamtej wyprawy minęły cztery wieki Horn nadal hipnotyzuje żeglarzy jak bazyliszek. Nienawidzą go i kochają równocześnie.

Prezes Polskiego Związku Żeglarskiego w uznaniu zasług dla polskiego żeglarstwa wyróżnił Honorową Odznaką Zasłużony dla Żeglarstwa Polskiego:

kadm. Czesława Dyrcza, kmdr. Marka Padjasa, kpt. Wojciecha Pasiecznego, kpt. Macieja Sodkiewicza, kpt. Przemysława Wolińskiego.

W gronie Polaków – Kaphornowców jest cała załoga „Daru Pomorza”, która dowodzona przez kapitana Konstantego Maciejewicza minęła Horn 1 marca 1937 r. w czasie podróży dookoła świata. Są też załogi jachtów, które przebyły ten szlak po wojnie. Próbę powtórzenia wyczynu „Daru Pomorza” podjęli w 1969 roku bracia Ejsmontowie, Piotr i Mieczysław wraz z Wojciechem Dąbrowskim na niewielkim jachcie „Polonia”. Niestety, fale pochłonęły obok Hornu jacht wraz z załogą. Trzy lata później ekipie bydgoskiego jachtu „Euros” udało się bez większych problemów opłynąć mało życzliwy obszar. A w 1973 samotny żeglarz, Krzysztof Baranowski, pokonał cieśninę Drake’a na jachcie „Polonez”. Później były i są tam jeszcze inne polskie jachty oraz duże żaglowce: „Dar Młodzieży”, „Iskra”, ,,Pogoria”, ,,Zawisza Czarny”, ,,Fryderyk Chopin”.

Nadszedł czas na wspomnienia. List pierwszego Grotmaszta kapitana Krzysztofa Baranowskiego odczytał kapitan Marek Padjas:

,, Drodzy Bracia,

Żałuję, że nie mogę osobiście uczestniczyć w rocznicowych uroczystościach, ale choćby tym sposobem przyjmijcie pozdrowienia i przesłanie od pierwszego Grotmaszta Bractwa Kaphornowców. Opłynięcie Przylądka zwanego Wielkim Ludożercą zawsze było emocjonujące i od wieków nobilituje żeglarzy, którzy odważyli się wybrać ten wyjątkowo trudny szlak. Gratuluję więc Wam (a przy okazji i sobie), że znaleźliście się w tak ekskluzywnym gronie.

Krzysztof Baranowski ( Grotmaszt nr 1)

Następnie o swoich wyprawach na Przylądek Nieprzejednany opowiadał admirał Czesław Dyrcz (Grotmaszt nr 6). Pierwszy raz na pokładzie Daru Młodzieży pod dowództwem komendanta Leszka Wiktorowicza (Grotmaszt nr 5), oraz jako dowódca ORP Iskra w rejsie dookoła świata.

Kapitan Cezary Bartosiewicz (Grotmaszt nr 7) podkreślił rolę jaką pełni Bractwo w wychowaniu najmłodszego pokolenia. Konkurs ,,Kurs na Horn” jest tego znakomitym przykładem. W pierwszej edycji wzięło udział prawie tysiąc uczniów i uczennic z wielu szkół. Laureatką została Kinga Sawicka obecnie morski sternik jachtowy. W nagrodę wzięła udział w rejsie na Przylądek Horn. Polskie żagle na Hornie to wyzwanie, któremu trudno się oprzeć, to marzenie wielu młodych ludzi. Konkurs Kurs na Horn otworzył wielu z nich drogę na morza i oceany świata.

Po wspomnieniach kolejny występ Męskiego Chóru Zawisza Czarny. Wśród artystów dostrzec można było kapitana Waldemara Mieczkowskiego od lat dowodzącego Zawiszą Czarnym.

Gratulacje i życzenia to nieodzowny akcent każdego jubileuszu. Nie zabrakło ciepłych słów, kolejnych Hornów, dobrych wiatrów, czy przysłowiowej stopy wody pod kilem. Obchody 50. lecia Bractwa Kaphornowców patronatami honorowymi otoczyli: Sławomir Nitras Minister Sportu i Turystyki, oraz Mieczysław Struk Marszałek Województwa Pomorskiego.

Wystąpienia zakończyła transmisja życzeń przekazanych przez znanego większości kapitana Piotra Kuźniara z s/y Selma Expeditions przebywającego właśnie na Morzu Weddella. Załogę Selmy reprezentował kapitan Krzysztof Jasica, który przekazał ostatnią okazjonalną butelkę wina z 400. rocznicy  odkrycia Hornu, oraz najnowszą książkę Dominika Szczepańskiego ,,Jeszcze dalej niż południe”. Jarosław Włodarczyk z Press Clubu Polska fragment liny z historycznego rejsu Daru Młodzieży dookoła świata. Kapitan Wojciech Skóra oprócz pięknych upominków żartobliwie stwierdził: ,, …w tym roku planowana jest  żeglarska wyprawa śródlądowa do miasta Hoorn w Niderlandach. Może więc tych, którzy tam dotrą tą drogą nazywać Braćmi Mniejszymi”. Kapitan Andrzej Królikowski Prezes Ligi Morskiej i Rzecznej nawiązując do historycznych obrączek generała Józefa Hallera wręczył dwa Złote Medale ,,Zasłużony dla Ligi Morskiej i Rzecznej” z przesłaniem aby jeden z nich popłynął na Horn. Bractwo w dowód zasług dla popularyzacji sportów wodnych uhonorowane zostało ,,Bursztynową Śrubą”. Wyróżnienie wręczył Prezes Polskiego Związku Motorowodnego i Narciarstwa Wodnego kapitan Franciszek Haber w asyście kapitanów Zenona Jasika i Jerzego Rusaka. Tak cennych artefaktów było znacznie więcej. Wzbogacą z pewnością ekspozycje w planowanym Muzeum Żeglarstwa.

Za wszystkie skierowane do Sióstr i Braci słowa serdecznie dziękował Grotmaszt Marek Padjas, który podkreślił: ,,…tak liczna obecność Państwa jest dowodem, dobrej żeglarskiej roboty, którą realizują kaphornowcy. Pielęgnowanie tradycji morskich Polaków jest nadrzędną wartością i przesłanką naszego Bractwa…”

Z prawej strony sceny zebrani z ciekawością patrzyli na okazały dzwon okrętowy. Okazało się, że jest to historyczny dzwon Bractwa Kaphornowców z 1974 roku. Z tej okazji Grotmaszt wybił jubileuszową szklankę.

Po kolejnej szancie nadszedł czas, na który czekała liczna grupa przybyłych. Oznaką przynależności do Bractwa Kaphornowców jest noszona na lewym ramieniu chusta z emblematem przylądka i albatrosa. Najwyższym honorem i prawem do zakładania błękitnej chusty obdarzani są najbardziej zasłużeni. Tym razem taki tytuł otrzymał kontradmirał Czesław Dyrcz. Od wielu lat jest przewodniczącym kapituły Rejs Roku przyznającej najwyższe wyróżnienia żeglarskie. Uczestnik wielu regat i wypraw. Dowódca flagowego żaglowca Marynarki Wojennej RP ORP Iskra. Dwukrotnie pod żaglami opłynął kulę ziemską. Piastował również funkcję Grotmaszta.

Czerwone chusty świadczące o tym, że co najmniej dwukrotnie opłynięto Przylądek Horn z pewnymi warunkami otrzymała czwórka żeglarzy: Ewa Anna Banaszek, Dariusz Gadomski, Maciej Sodkiewicz i Marek Zdebski.

Żółta chusta przynależna jest dla żeglarzy po pierwszym przejściu Cabo de Hornos. To najbardziej wzruszający moment. Towarzyszy mu specjalny ceremoniał. Najpierw składane jest ślubowanie. Odczytał je Skryba kapitan Przemysław Woliński:

 ,,My, Członkowie Bractwa Kaphornowców,

przywołując pamięć wszystkich żeglarzy,

zarówno tych, którzy opłynęli przylądek Horn jak i tych,

którzy ulegli przemocy jego groźnych wód i znaleźli grób w głębinach Cieśniny Drake’a,

przyjmujemy za obowiązujący nas statut Bractwa i ślubujemy

strzec honoru polskiego żeglarza,

godności biało-czerwonej bandery

i służyć naszym doświadczeniem, radą i pomocą żeglarzom,

którzy tego będą potrzebowali.’’

Po ślubowaniu każdy otrzymuje prawo używania przydomka Albatrosa Hornu, specjalny certyfikat i żółtą chustę. Tym razem taki przywilej otrzymało 25. żeglarek i żeglarzy.

W słowach skierowanych do najmłodszych Sióstr i Braci Grotmaszt powiedział: ,,…Bractwo Kaphornowców należy do najbardziej elitarnych i ekskluzywnych stowarzyszeń w naszym kraju. Jego elitarność wynika nie z urodzenia czy majątku, nie z powiązań rodzinnych czy znajomości, lecz z twardej żeglarskiej próby sił z Cabo de Hornos. Przejście pod żaglami obok niego – przez Cieśninę Drake’a uważane jest za bardzo niebezpieczne. Mimo to Horn działa na żeglarzy jak magnes i uchodzi za bramę, przez którą tylko najśmielsi mogą wejść do kręgu najwyższego wtajemniczenia żeglarskiego…”.

Nastąpił finałowy moment uroczystości. Pożegnalną szantę oczywiście zaśpiewał Męski Chór Szantowy Zawisza Czarny. Wzniesiony został toast za pomyślność Bractwa, a piękny jubileuszowy tort został sprawiedliwie podzielony.

50 lat zostało upamiętnione okolicznościowym medalem i folderem. Poczta Polska wydała karty pocztowe upamiętniające przejście Przylądka Horn przez Dar Pomorza, Dar Młodzieży, ORP Iskrę i Zawiszę Czarnego. Ukazało się również sześć znaczków spersonalizowanych. Na specjalnym stoisku stosowano datowniki okolicznościowe.

Polska obecność na Przylądku Nieprzejednanym jest nieustanna. Bractwo skupia dziś kilkuset braci i sióstr. Stanowi ciało o najwyższym autorytecie żeglarskim, trwa nadal i nieustannie – jak sam Cape Horn, jako ważne ogniwo naszych tradycji na morzach i oceanach, świadczy zarazem o sile polskiego żeglarstwa.

Pokłon Hornowi!

kpt. Marek Padjas Grotmaszt Bractwa Kaphornowców

Jesienne spotkanie Bractwa Kaphornowców na Darze Pomorza

25 listopada na pokładzie SM Dar Pomorza odbyło się Jesienne Spotkanie Bractwa Kaphornowców. O godzinie 16.00 podniesiono Proporzec BK i wybito cztery szklanki na dzwonie okrętowym.

Zebranych powitał grotmaszt kpt. jacht. Marek Padjas. W swoim wystąpieniu nawiązał do przyszłorocznych obchodów pięćdziesięciolecia powstania stowarzyszenia. Wspomniał pomysłodawców i założycieli: Kazimierza Kołodzieja, Zenona Gralaka i Tadeusza Jabłońskiego. To oni i grono 25 żeglarzy uczestników rejsów wokół Hornu w 1974 roku w redakcji „Głosu Wybrzeża” powołali Bractwo Kaphornowców – bractwo ludzi, którzy dokonali największego wyczynu, dokonali wszystkiego, co można osiągnąć w żeglarstwie morskim. Nawiązał, że Kaphornowcy są godnymi spadkobiercami tradycji Daru Pomorza, Poloneza, Eurosa, Konstantego Maciejewicza, Otago, Copernikusa, Daru Przemyśla i wielu innych naszych jednostek. To ich załogom należy się pamięć i szacunek. Przyszłoroczne obchody rozpoczną się 1 marca w 87. rocznicę pierwszego przejścia Przylądka Nieprzejednanego przez Dar Pomorza dowodzonego przez kpt. ż.w. Konstantego Maciejewicza. W intencji żyjących i zmarłych Albatrosów Hornu zostanie odprawiona Msza Święta. Oddany zostanie hołd, złożone kwiaty i zapalone znicze na mogiłach Kaphornowców, którzy odeszli na wieczną wachtę. Organizatorzy planują uroczyste spotkanie podczas którego zebrani będą mogli wysłuchać wspomnień najbardziej znanych polskich żeglarzy. Do grona Sióstr i Braci Kaphornowców przyjęci zostaną nowi, najmłodsi żeglarze, zdobywcy Hornu. W tym dniu odbywa się również Gala Rejs Roku połączona z wręczeniem najwyższych żeglarskich nagród. W spotkaniu wezmą udział również członkowie naszego stowarzyszenia. Wieczorem tradycyjnie odbędzie się Biesiada Kaphornowska.

W czerwcu obchodzone jest Święto Morza. W tym czasie zaplanowano organizację wystaw, spotkań i innych przedsięwzięć mających na celu popularyzację żeglarstwa i wypraw w  najdalsze regiony świata.  Grotmaszt złożył podziękowanie dla kapitana Janusza Nowaka za nieustanne wspieranie działań Bractwa.

Następnie głos zabrał dr Tomasz Chamera wiceprezes Polskiego Komitetu Olimpijskiego, prezes Polskiego Związku Żeglarskiego. Zaczął od przyszłorocznych obchodów 100. lecia PZŻ. Mają być one przepełnione różnymi działaniami zaczynając od powrotu do historii, poprzez konferencje, sympozja i wystawy, a na regatach i imprezach żeglarskich kończąc. Stwierdził, że Bractwo Kaphornowców doskonale wpisuje się w te obchody i z pewnością jego członkowie i ich dokonania będą prezentowane w wielu miejscach.

O działaniach na rzecz ratowania i reaktywacji historycznego jachtu Mazurek mówił dr Robert Domżał dyrektor Narodowego Muzeum Morskiego. Jednostka drogą morską dotarła ze Szczecina do Gdańska . Obecnie podczas okresu zimowego poddana zostanie stosownemu remontowi. W przyszłym roku wróci na morskie szlaki, aby odbywać rejsy z młodzieżą.

Nadszedł czas na relacje z wypraw. Bohaterami byli Halina i Andrzej Górajek. Oboje żeglują. Ich wyczyny na jachtach Ocean A i Ocean B są przykładem, że systematyczna praca, zapał i konsekwencja doprowadza do zamierzonego celu. Zakochali się w Arktyce i to właśnie tam spędzają większość swojego czasu w ciągu roku. Wielokrotnie odwiedzali Grenlandię czy Spitsbergen z załogami żeglarzy lub naukowców. Opowiadali o wyprawach polarnych. W 2020 r. jacht Ocean B pod dowództwem kpt. Andrzeja Górajek osiągnął maksymalną szerokość geograficzną 84°17′19″N stając się pierwszą polską załogą, która jachtem dopłynęła tak daleko na północ. Na prezentowanych zdjęciach i filmach można było dowiedzieć się jak wygląda życie na jachcie w surowej i śnieżnej Arktyce. Zebrani podziwiali niesamowite widoki, zorze polarne, wschody i zachody Słońca. Ten daleki rejon pełen jest dzikich zwierząt. Nie obyło się bez spotkania z niedźwiedziem polarnym, czy bieługami. Ta fascynująca opowieść zakończyła się pokazem filmu z zarejestrowanym tsunami, jakie przeżyła załoga jachtu. Barwne opowieści trwały jeszcze w kuluarach podczas tradycyjnego poczęstunku. Dar Pomorza tradycyjnie gościnnie podejmował Bractwo Kaphornowców, które w tym roku kończy  czterdzieści dziewięć lat.

29 października 2023 roku na wieczną wachtę odszedł kapitan Bronisław Radliński

Urodził się 2 marca 1951 roku w Ostrowy koło Częstochowy, kapitan jachtowy, opłynął na Solanusie obie Ameryki, uczestnik wielu wypraw polarnych.

Żeglarstwa jachtowego uczestniczył w rejsach po jeziorach mazurskich na studenckich obozach żeglarskich. Po skończeniu studiów, w 1977 roku pracował w Zakładach Naprawczych Taboru Kolejowego w Bydgoszczy, wstępując do Kolejowego Klubu Sportowego Brda.

W 1978 roku uzyskał stopień sternika jachtowego, a rok później odbył pierwszy rejs morski na jachcie Euros. Od tego czasu żeglował w każdym sezonie nawigacyjnym, na różnych funkcjach żeglarskich. W 1986 roku zdobył stopień jachtowego sternika morskiego. W tym czasie, w ZNTK Bydgoszcz wybudowano jacht typu Horn 30 (Zentek), na którym Redliński odbył wiele rejsów zatokowych.

Kapitan Radliński był jednym z inicjatorów i budowniczych jachtu typu J-80 (Solanus), który w 1992 roku został zwodowany w Górkach Zachodnich. Tego samego roku, Redliński w roli pierwszego oficera odbył na nim dziewiczy rejs do Geteborga . Do 1997 roku brał udział w rejsach po Morzu Północnym, kanale La Manche oraz Morzu Norweskim.

W 1997 roku uzyskał stopień kapitana jachtowego; w tym samym roku uczestniczył w wyprawie dookoła Islandii, przechodząc jednocześnie cieśninę Pentland Firth (dwukrotnie: z zachodu na wschód i wschodu na zachód). Od 1997 roku do 2000 roku prowadził rejsy w funkcji kapitana, między innymi do Cuxhawen, Helgolandu, Amsterdamu, Rotterdamu, Oslo. W 2001 roku był organizatorem i kapitanem wyprawy wokół Svalbardu, a  w 2003 roku uczestniczył jako kapitan w rejsie polarnym wzdłuż wschodnich wybrzeży Grenlandii. W latach 2010-2011 poprowadził Solanusa dookoła obu Ameryk. W rejsie pokonali Przejście Północno – Zachodnie i przylądek Horn.

Jest zdobywcą wielu nagród i wyróżnień, otrzymał m. in. II nagrodę Rejs Roku 2001, II nagroda Rejs Roku 2003, II nagroda Rejs Roku 2010 i 2011 oraz nagroda Kolosy 2011 w kategorii Żeglarstwo.

Najbliższym, Rodzinie i Przyjaciołom ŚP kapitana Bronisława Radlińskiego Siostry i Bracia Kaphornowcy składają wyrazy współczucia.

Wystawa absolwentów Państwowego Liceum Sztuk Plastycznych w Gdyni

ZAPROSZENIE MATURA 1960

Zaproszenie katalog

Spotkanie Bractwa Kaphornowców

2022.11.17. SPOTKANIE BK PZŻ.docx

Przejdź do paska narzędzi