Category Archives: Aktualności


Jesienne spotkanie Bractwa Kaphornowców na Darze Pomorza

25 listopada na pokładzie SM Dar Pomorza odbyło się Jesienne Spotkanie Bractwa Kaphornowców. O godzinie 16.00 podniesiono Proporzec BK i wybito cztery szklanki na dzwonie okrętowym.

Zebranych powitał grotmaszt kpt. jacht. Marek Padjas. W swoim wystąpieniu nawiązał do przyszłorocznych obchodów pięćdziesięciolecia powstania stowarzyszenia. Wspomniał pomysłodawców i założycieli: Kazimierza Kołodzieja, Zenona Gralaka i Tadeusza Jabłońskiego. To oni i grono 25 żeglarzy uczestników rejsów wokół Hornu w 1974 roku w redakcji „Głosu Wybrzeża” powołali Bractwo Kaphornowców – bractwo ludzi, którzy dokonali największego wyczynu, dokonali wszystkiego, co można osiągnąć w żeglarstwie morskim. Nawiązał, że Kaphornowcy są godnymi spadkobiercami tradycji Daru Pomorza, Poloneza, Eurosa, Konstantego Maciejewicza, Otago, Copernikusa, Daru Przemyśla i wielu innych naszych jednostek. To ich załogom należy się pamięć i szacunek. Przyszłoroczne obchody rozpoczną się 1 marca w 87. rocznicę pierwszego przejścia Przylądka Nieprzejednanego przez Dar Pomorza dowodzonego przez kpt. ż.w. Konstantego Maciejewicza. W intencji żyjących i zmarłych Albatrosów Hornu zostanie odprawiona Msza Święta. Oddany zostanie hołd, złożone kwiaty i zapalone znicze na mogiłach Kaphornowców, którzy odeszli na wieczną wachtę. Organizatorzy planują uroczyste spotkanie podczas którego zebrani będą mogli wysłuchać wspomnień najbardziej znanych polskich żeglarzy. Do grona Sióstr i Braci Kaphornowców przyjęci zostaną nowi, najmłodsi żeglarze, zdobywcy Hornu. W tym dniu odbywa się również Gala Rejs Roku połączona z wręczeniem najwyższych żeglarskich nagród. W spotkaniu wezmą udział również członkowie naszego stowarzyszenia. Wieczorem tradycyjnie odbędzie się Biesiada Kaphornowska.

W czerwcu obchodzone jest Święto Morza. W tym czasie zaplanowano organizację wystaw, spotkań i innych przedsięwzięć mających na celu popularyzację żeglarstwa i wypraw w  najdalsze regiony świata.  Grotmaszt złożył podziękowanie dla kapitana Janusza Nowaka za nieustanne wspieranie działań Bractwa.

Następnie głos zabrał dr Tomasz Chamera wiceprezes Polskiego Komitetu Olimpijskiego, prezes Polskiego Związku Żeglarskiego. Zaczął od przyszłorocznych obchodów 100. lecia PZŻ. Mają być one przepełnione różnymi działaniami zaczynając od powrotu do historii, poprzez konferencje, sympozja i wystawy, a na regatach i imprezach żeglarskich kończąc. Stwierdził, że Bractwo Kaphornowców doskonale wpisuje się w te obchody i z pewnością jego członkowie i ich dokonania będą prezentowane w wielu miejscach.

O działaniach na rzecz ratowania i reaktywacji historycznego jachtu Mazurek mówił dr Robert Domżał dyrektor Narodowego Muzeum Morskiego. Jednostka drogą morską dotarła ze Szczecina do Gdańska . Obecnie podczas okresu zimowego poddana zostanie stosownemu remontowi. W przyszłym roku wróci na morskie szlaki, aby odbywać rejsy z młodzieżą.

Nadszedł czas na relacje z wypraw. Bohaterami byli Halina i Andrzej Górajek. Oboje żeglują. Ich wyczyny na jachtach Ocean A i Ocean B są przykładem, że systematyczna praca, zapał i konsekwencja doprowadza do zamierzonego celu. Zakochali się w Arktyce i to właśnie tam spędzają większość swojego czasu w ciągu roku. Wielokrotnie odwiedzali Grenlandię czy Spitsbergen z załogami żeglarzy lub naukowców. Opowiadali o wyprawach polarnych. W 2020 r. jacht Ocean B pod dowództwem kpt. Andrzeja Górajek osiągnął maksymalną szerokość geograficzną 84°17′19″N stając się pierwszą polską załogą, która jachtem dopłynęła tak daleko na północ. Na prezentowanych zdjęciach i filmach można było dowiedzieć się jak wygląda życie na jachcie w surowej i śnieżnej Arktyce. Zebrani podziwiali niesamowite widoki, zorze polarne, wschody i zachody Słońca. Ten daleki rejon pełen jest dzikich zwierząt. Nie obyło się bez spotkania z niedźwiedziem polarnym, czy bieługami. Ta fascynująca opowieść zakończyła się pokazem filmu z zarejestrowanym tsunami, jakie przeżyła załoga jachtu. Barwne opowieści trwały jeszcze w kuluarach podczas tradycyjnego poczęstunku. Dar Pomorza tradycyjnie gościnnie podejmował Bractwo Kaphornowców, które w tym roku kończy  czterdzieści dziewięć lat.

29 października 2023 roku na wieczną wachtę odszedł kapitan Bronisław Radliński

Urodził się 2 marca 1951 roku w Ostrowy koło Częstochowy, kapitan jachtowy, opłynął na Solanusie obie Ameryki, uczestnik wielu wypraw polarnych.

Żeglarstwa jachtowego uczestniczył w rejsach po jeziorach mazurskich na studenckich obozach żeglarskich. Po skończeniu studiów, w 1977 roku pracował w Zakładach Naprawczych Taboru Kolejowego w Bydgoszczy, wstępując do Kolejowego Klubu Sportowego Brda.

W 1978 roku uzyskał stopień sternika jachtowego, a rok później odbył pierwszy rejs morski na jachcie Euros. Od tego czasu żeglował w każdym sezonie nawigacyjnym, na różnych funkcjach żeglarskich. W 1986 roku zdobył stopień jachtowego sternika morskiego. W tym czasie, w ZNTK Bydgoszcz wybudowano jacht typu Horn 30 (Zentek), na którym Redliński odbył wiele rejsów zatokowych.

Kapitan Radliński był jednym z inicjatorów i budowniczych jachtu typu J-80 (Solanus), który w 1992 roku został zwodowany w Górkach Zachodnich. Tego samego roku, Redliński w roli pierwszego oficera odbył na nim dziewiczy rejs do Geteborga . Do 1997 roku brał udział w rejsach po Morzu Północnym, kanale La Manche oraz Morzu Norweskim.

W 1997 roku uzyskał stopień kapitana jachtowego; w tym samym roku uczestniczył w wyprawie dookoła Islandii, przechodząc jednocześnie cieśninę Pentland Firth (dwukrotnie: z zachodu na wschód i wschodu na zachód). Od 1997 roku do 2000 roku prowadził rejsy w funkcji kapitana, między innymi do Cuxhawen, Helgolandu, Amsterdamu, Rotterdamu, Oslo. W 2001 roku był organizatorem i kapitanem wyprawy wokół Svalbardu, a  w 2003 roku uczestniczył jako kapitan w rejsie polarnym wzdłuż wschodnich wybrzeży Grenlandii. W latach 2010-2011 poprowadził Solanusa dookoła obu Ameryk. W rejsie pokonali Przejście Północno – Zachodnie i przylądek Horn.

Jest zdobywcą wielu nagród i wyróżnień, otrzymał m. in. II nagrodę Rejs Roku 2001, II nagroda Rejs Roku 2003, II nagroda Rejs Roku 2010 i 2011 oraz nagroda Kolosy 2011 w kategorii Żeglarstwo.

Najbliższym, Rodzinie i Przyjaciołom ŚP kapitana Bronisława Radlińskiego Siostry i Bracia Kaphornowcy składają wyrazy współczucia.

Wystawa absolwentów Państwowego Liceum Sztuk Plastycznych w Gdyni

ZAPROSZENIE MATURA 1960

Zaproszenie katalog

Spotkanie Bractwa Kaphornowców

2022.11.17. SPOTKANIE BK PZŻ.docx

Zjawa IV na Hornie – wspomnienia Dariusza Nerkowskiego

Bracia i Siostry Kaphornowcy,

Witam was gorąco i serdecznie po powrocie z dalekiego rejsu. Powiem wprost – było fantastycznie – zrealizowaliśmy z nawiązką plan mogący być marzeniem każdego żeglarza. Opłynęliśmy dookoła wyspę Horn (w drugim podejściu, gdyż poprzedniego dnia warunki zmusiły nas do schowania się za wyspę Herschel, gdzie spędziliśmy noc na boi) przecinając 6 lutego o 1400 czasu lokalnego ten magiczny południk przylądka Horn 67 11` W, dokładnie na 56 stopniu szerokości południowej. Następnie wylądowaliśmy na wyspie Horn odwiedzając tamtejszy posterunek straży granicznej. Potem, mimo bardzo krótkiego czasu jaki pozostał nam do planowanego końca rejsu poszliśmy przez Cieśninę Drake na Szetlandy, gdzie na wyspie Króla Jerzego, w Zatoce Admiralicji mieści się Polska Stacja Antarktyczna im. H. Arctowskiego, założona w 1977 r. Dotarliśmy na miejsce 9 lutego tuż przed północą. Bardzo serdeczna i rodzinna atmosfera nie mogła nas tam, niestety, zatrzymać dłużej niż do obiadu następnego dnia. Byliśmy już trzecią załogą Zjawy IV, która na przełomie grudnia 2003 i stycznia 2004 wizytowała stację. Szczęśliwym zbiegiem okoliczności opłynięcie Hornu i wizyta Zjawy IV na stacji Arctowskiego wypadły dokładnie w piątą rocznicę rejsu Zawiszy (Zawisza Czarny opłynął po raz drugi przylądek Horn 6 lutego 1999 o godz.1527 idąc KK080 st. na szerokości 56 st 01 ` S; pierwsze przejście miało miejsce 25 stycznia 1999 w drodze z Valparaiso do Ushuaia).
Nasz odwrót z Zatoki Admiralicji (10 lutego o 1630) był trudny, także ze względu na pogarszająca się pogodę, silny wiatr i falę „w mordę”, ale powrót po wyjściu za Szetlandy i otaczający je pas gór lodowych przebiegał dobrze. 13 lutego byliśmy już bardzo blisko Hornu płynąc w słonecznej pogodzie. O zmroku Starca było widać bardzo dokładnie w zachodzącym słońcu, ale wiatr odkręcił się na N, a potem NE i stężał pow. 6B. Ostatnie mile do trawersu Hornu „dziobaliśmy” do 0300 następnego dnia. 14 lutego zameldowaliśmy się w Port Williams po chilijskiej stronie Kanału Beagle`a, a 15-go w Ushuaia w Argentynie. Następnego dnia na burcie zjawili się następcy. Tak w największym skrócie przedstawia się historia naszego rejsu, dowodzonego przez kpt. Michała Bogusławskiego z Ottawy, tego samego, który z poprzednią załogą Zjawy, złożoną całkowicie z polonijnych żeglarzy (w naszej załodze oprócz kapitana było także trzech kolegów mieszkających w USA – Krzysztof, Rafał i Wiesław) pokonał tę samą trasę, a nawet „pociągnęli” jeszcze bardziej na południe docierając do kontynentu antarktycznego i desantując się nań – jako pierwsza załoga polskiego jachtu żaglowego. Nam ledwie starczyło czasu na to, co opisałem powyżej, ale przeszliśmy Drake Passage w najkrótszym czasie ze wszystkich poprzednich rejsów Zjawy (dowodzonych przez Joasię Pajkowską i także przez Michała Bogusławskiego). Los nam sprzyjał, podobnie jak kolejnym dwom etapom wyprawy, dowodzonym przez Marka Ihnatowicza, które także opłynęły przylądek Horn.
Zjawa będzie wracać już na północ, do Buenos Aires, gdzie organizator wyprawy, Stowarzyszenie Navigare, zaplanowało slipowanie jachtu przed dalszą podrożą do Brazylii, USA i Europy. To także będzie chwila odpoczynku od służby w morzu dla naszego nieocenionego bosmana Grahama, Australijczyka, który pływa nieustannie na Zjawie od lipca 2003 r.
Wszystkim załogom bardzo pomagają Ewa Janiak i nasz Brat Zawiszak – Janusz Ptak, oboje z Buenos Aires. Także i my mieliśmy okazję przekonać się o tym goszcząc po rejsie niemal całą załogą w domu u Janusza i Cecil, którzy otoczyli nas serdeczną i gorąca troska wspierani przez córki Gabriele i Agnieszkę. Przeloty lotnicze czy promowe oraz wieczorne „odlotowe” imprezy to już domena Ewy. Bardzo im serdecznie dziękuję za ich troskę i cierpliwość, i to, że czuliśmy się w Buenos jak w domu.

Pozdrawiam was wszystkich serdecznie
Darek Nerkowski

Marzec 2004

Do Hornu i dalej na południe

Gdy spoglądam na półkę pełną moich książek o morzu nie pamiętam już, czy to moje żeglowanie zaczęło się od „Samotnego rejsu Opty” Leonida Teligi, „Otago, Otago na zdrowie” Iwony Pieńkawy czy po prostu od powieści Juliusza Verne. Wtedy chłonąłem lektury o morskich wyprawach całymi nocami. Często pojawiał się w nich wspólny motyw – przylądek Horn, zawsze groźnie pobrzmiewający niczym ponury refren.
Moje prawdziwe żeglowanie zaczęło się później, w drużynie harcerskiej, od skrobania burt mahoniowej Omegi i mazurskich rejsów. Dużo później popłynąłem na morze, ale myśl o zmierzeniu się z Hornem pojawiła się całkiem niedawno.
Był luty 1999 rok, gdy stawiłem się w Punta Arenas w cieśninie Magellana, by zaokrętować się na „Zawiszy Czarnym”. Ośmiu śmiałków przybyło uzupełnić załogę „Zawiasa” i popłynąć na Horn. Dla „starej” załogi byłoby to już drugie, a dla niektórych nawet trzecie opłynięcie Nieprzejednanego Przylądka, dla nas – spełnienie żeglarskiego wyzwania i marzeń o czymś odległym i niewyobrażalnym, znanym tylko z morskich opowieści. Niestety, wówczas z różnych względów nie było nam dane popłynąć na południe, na Horn. „Zawias” obrał kurs na północ. Poszliśmy do Buenos Aires i do Rio de Janeiro, przedtem zahaczając o Falklandy. Powiedziałem sobie: no cóż, nie teraz, to może innym razem…

Minęły lata wypełnione ciekawymi rejsami. W końcu lipca 2003 wróciłem z etapu wyprawy organizowanej na Grenladnię na Zjawie IV, organizowanej przez NAVIGARE, w czasie którego płynąc z Islandii przekroczyliśmy północny krąg polarny w Sondre Stromfjord na Grenlandii. Było już wtedy pewne, że wyprawa trwać będzie dalej i poprowadzi Zjawę aż na południową półkulę. Wiedziałem, że nadszedł ten moment, by spełnić uczucie niespełnienia sprzed pięciu lat.

2 lutego 2004 lądujemy w Ushuaia, a chwilę potem pilotowani przez Jerzego Kołakowskiego, I oficera poprzedniej załogi, trafiamy na pokład Zjawy IV. Poznajemy Michała Bogusławskiego, kapitana płynącego z poprzednią załogą i jego całą kompanię – w całości złożoną z polonijnych żeglarzy z USA i Kanady. Są szczęśliwi i rozpromienieni sukcesem, jaki odnieśli. Dostali w kość od Neptuna chyba na każdym etapie swojego rejsu, ale dali radę. Dwa razy opłynęli Horn, dopłynęli na Wyspę Króla Jerzego do Polskiej Stacji Antarktycznej im. H. Arctowskiego, po czym poszli dalej na południe na Deception, wyspę-krater, skąd podjęli udaną próbę ominięcia pokrywy lodowej i dotarcia jeszcze niżej, do stałego lądu Antarktydy. Nieźle ich wywiało!
„Mike”, bo tak nazywają kapitana nasi poprzednicy, tryska zdrowiem i humorem, Lucy przekazuje spis prowiantu i opowiada, jak sobie radzili z gotowaniem, „Kołek” pokazuje nam na mapach którędy najlepiej pójść na Horn, jakim kursem jechać „tam”, a jakim „ z powrotem” na Arctowskiego, przekazuje spisy waypointów i mnóstwo praktycznych uwag oraz … kapitana i bosmana, którzy płyną dalej z nami. Nasza załoga natychmiast nadaje kapitanowi przydomek „Żelazny Mike”, i wierzcie mi, że nie jest to gołosłowne. To dziwne, ale bosman Graham, australijczyk, płynący Zjawą od czerwca 2003 (razem wchodziliśmy na jacht w Reykjaviku) nadal nazywany jest przez wszystkie kolejne załogi po prostu Grahamem, bez żadnych dodatkowych przydomków.

Dwa dni naprawiamy różne usterki, przede wszystkim kotwicę. Jej zgięta stalowa poprzeczka wymownie świadczyła o tym, jaki wiatr mieli poprzednicy w Zatoce Admiralicji. Kotwica (Danfortha) nie trzymała i całą noc kręcili się na silniku po zatoce. Z trudem znaleziony warsztat w Ushuaia naprostował stalowy pręt, a także wykonał otwory, które pozwoliły nam zrobić „patent” i połączyć dwie kotwice szeregowo. Do głównej kotwicy dołączyliśmy 10 m łańcucha i na nim kotwicę zapasową (też Danforth, nieco mniejszy), zrzucaną do wody jako pierwsza. Połączenie uzupełniało ok. 13 m liny pływającej, która przy wybieraniu ułatwiała podjęcie dodatkowej kotwicy, gdy zasadnicza wylądowała już w kluzie.

4 lutego odprawiamy się z Ushuaia i wchodzimy do Port Williams, chilijskiej osady wojskowej położonej niespełna 30 mil na wschód w Kanale Beagla i od razu dostajemy silny wiatr z W i sporą, jak na cieśninę falę z rufy. Reszta wód i wysp poniżej, aż po Horn włącznie to już jest terytorium Chile. Opiekuńcze oko i ucho Armada de Chile mieliśmy okazję nie raz poznać, gdy nakazywało nam meldować przez UKF-kę aktualną pozycję. Oba kraje po konflikcie sprzed kilkunastu lat zazdrośnie strzegą swych terytoriów. Przede wszystkim zaś zmienność i gwałtowność tutejszej pogody całkowicie usprawiedliwia troskę Chiliczyków o wszystkie jednostki, które poruszają się w tym rejonie. Wieczorem, tego samego dnia, po odprawie wychodzimy z Port Williams. Do wyspy Horn mamy ok. 100 Mm.

5 lutego w ciągu dnia wiatr coraz bardziej tężał, a po wyjściu z kanału Beagla na otwartą wodę pomiędzy wyspą Lennox a wyspami otaczającymi Horn wzrosła też fala. Wiało z zachodniej ćwiartki, a więc niemal prosto w nos. W wąskim przesmyku koło wyspy Frycinet nie dało się już posuwać naprzód i Mike zadecydował, że bezpieczniej będzie obejść te wyspę od południa. Zawracamy. Za wyspą przesmyk był szerszy, ale za to fala jeszcze większa. Z trudem dało się iść ok. 2 węzłów naprzód. Michał przypomniał sobie zasłyszaną informację, że w zatoce po wschodniej stronie wyspy Herschel jest boja, na której można przeczekać silne zachodnie wiatry. Na mapie nie jest zaznaczona, ale po podejściu bliżej okazało się, że jednak tam jest. Po zacumowaniu do boi pomiar wiatru w miarę osłoniętej zatoce wskazywał 7 do 8 B z kierunków od SW do NW.
Noc na boi upłynęła całkiem spokojnie. 6 lutego o 0915 ruszamy w stronę Hornu wracając na szlak, którym szli poprzednicy. Silna koncentracja w ostatnim przed Hornem wąskim przejściu. Cała załoga na pokładzie. Z dużym zapasem obchodzimy samotną skałę wystającą z wody nieco dalej, poniżej przesmyku i po skręcie w prawo na zachód jest – oto ona – wyspa Horn. Marna pogoda nie pozwala podziwiać jej w całej krasie, ale przez to wygląda jeszcze bardziej tajemniczo i groźnie. Okrążamy ją od północy mając cały czas po lewej burcie. Gdy możemy już płynąć na południe, z prawej mamy już tylko Pacyfik, który daje o sobie znać długą i wysoką na 2 m falą. Wreszcie nastąpiła ta chwila, na którą wszyscy oczekiwali. O 1400 czasu lokalnego przecięliśmy ten magiczny południk 6711 ` W idąc dokładnie po 56szerokości południowej z wiatrem W4.
Dziwnym a szczęśliwym zbiegiem okoliczności Zjawa pojawiła się w tym miejscu niemal dokładnie 5 lat po tym, jak „Zawisza Czarny” opłynął (po raz drugi) przylądek Horn. Było to 2 lutego 1999 roku o godz. 1527. „Zawias” szedł wówczas KK080 na szerokości 5601` S i także miał za port wyjścia Ushuaia (pierwsze przejście Hornu przez Zawiszę miało miejsce nieco wcześniej, 25 stycznia 1999 roku w drodze z Valparaiso do Ushuaia).

Po wschodniej stronie Isla de Hornos jest nieduża, ale osłonięta wysokim brzegiem zatoczka. Zastaliśmy tam mały okręt wojskowy dowożący zaopatrzenie dla oficera pełniącego służbę w tamtejszym posterunku straży granicznej. Wygładzona woda sprzyjała podjęciu decyzji – lądujemy na wyspie. Desant pontonem odbył się na dwie zmiany, w czasie których Zjawa kręciła się na silniku po zatoce, za głębokiej na rzucenie kotwicy. Po wylądowaniu na skalistym brzegu trzeba najpierw wspiąć się po stromych schodach na brzeg. Na szczycie robimy sobie pamiątkowe zdjęcie przy drewnianej tablicy z napisem „Alcaldia de Mar – Cabo de Hornos”. Dalej ścieżka wyłożona deskami prowadzi wprost do strażnicy, w której urzęduje przemiły Jose – strażnik Hornu – wraz z żoną i małym synkiem Alexem. Wcześniej odnoga ścieżki w prawo prowadzi do pomnika, ogromnego metalowego rombu z wycięciem w kształcie albatrosa w locie. Za strażnicą mieści się mała kapliczka, a jeszcze dalej, na samym skraju cypla – latarnia morska położona 57 m nad lustrem wody.
Jose pokazuje nam swoje gospodarstwo, żona częstuje sokiem, sprzedaje pocztówki z Cape Horn w roli głównej, które następnie obijamy dużą ilością okolicznościowych pieczątek. Pieczątki przybijamy także w książeczce żeglarskiej, paszporcie, a przede wszystkim na pięknym certyfikacie potwierdzającym naszą obecność na Hornie. Jeszcze wpis do księgi pamiątkowej i dodatkowy akcent, ważny dla Zawiszaków. Za zgodą Jose umieszczam w salonie, obok wielkiej mapy tych wód, pamiątkową plakietkę Bractwa Zawiszaków, z wizerunkiem Zawiszy Czarnego, tłumacząc przedtem gospodarzowi, że to dla upamiętnienia opłynięcia przylądka Horn przez ten żaglowiec pięć lat temu.
Serdeczne pożegnanie z Jose i jego rodziną było miłym akcentem sprawiającym, że na długo pozostanie w naszej pamięci Horn, jego gospodarze i data 6 lutego 2004 roku.

Na pokładzie czeka nas podjęcie decyzji – co dalej? Bilans czasu, jaki pozostał nam do końca rejsu wskazuje na to, że możemy nie zdążyć wrócić z Arctowskiego w zaplanowanym terminie, zwłaszcza, że już mamy opóźnienie. Żadnej z wcześniejszych załóg nie udało się popłynąć tam i z powrotem w czasie krótszym niż 10 dni. Po krótkiej naradzie podejmujemy ryzyko – płyniemy na Antarktydę!
Oddalamy się od Hornu KK150 gnani świeżym podmuchem „szóstki” z zachodu. Życie na jachcie koncentruje się teraz wokół wacht, pieczenia chleba i innych popisach kulinarnych. Robimy niezłe jak na Zjawę przebiegi dobowe rzędu 130 – 140 Mm. Ciśnienie wyraźnie spadło, ale i wiatr osłabł. Przypomniało nam się, jak „Kołek” nie mógł się nadziwić, że na tutejszych wodach wszystko jest odwrotnie – gdy barometr opada jest O.K. mimo, że tak głębokich niży jeszcze w życiu nie widzieli (958 hPa). Wiać zaczyna dopiero wtedy, gdy barometr idzie do góry.
9 lutego z rana dostrzegamy pierwsze góry lodowe. To znak, że Południowe Szetlandy są tuż, tuż. W morzu pojawiają się baraszkujące foki, a wcześniej wieloryby. Gór lodowych przybywa, są coraz większe. Ich skupiska z oddali wyglądają jak osiedla bloków mieszkaniowych. Zamglony horyzont sprawia, ze wyspy dostrzegamy dopiero wtedy, gdy otwiera się przed nami cieśnina Nelsona. Na szczęście jest jeszcze widno i możemy lawirować pomiędzy growlerami, których radar nie wyłapuje. W zatoce aż roi się od tych pozornie małych, pływających brył lodu. Po wejściu na południową stronę wysp obieramy kierunek wschodni, w stronę Zatoki Admiralicji. Suniemy po czystej i gładkiej wodzie robiąc momentami 8 „knotów”. Jest już całkiem szaro, gdy wchodzimy w zatokę. W głębi widać światła stacji polarnej Arctowskiego i latarnie morską – najdalej na południu położoną polską latarnię morską! Jest tuż przed północą, gdy Graham, który jest tu już trzeci raz w ciągu ostatnich dwóch miesięcy, dokładnie naprowadza nas na kotwicowisko. Zrzucamy dwie kotwice, jedna za drugą, i wydajemy 50 m łańcucha. Mimo późnej pory polarnicy zapraszają nas na stację.

Cóż to była za noc! Polarna, bo taka kraina i stacja na niej położona, a zarazem gorąca serdecznym powitaniem, jakie zgotowali nam nasi polarnicy z Wiesławem Kołodziejskim, szefem technicznym 28. Polskiej Wyprawy Antarktycznej na czele. W saloniku pełnym pamiątkowych fotografii i plakietek brylowali Tomek i Misiek, ogromnej postury nurkowie, Ryszard wprowadzał nas w problemy biologii morza, zaś Piotr objaśniał na czym polega praca fitoplanktologa. Właściwą „łączność” zapewniał Wojtek, radiooperator, podłączony tym razem do baru. W szklaneczkach wspaniale strzelał lód z pobliskiego lodowca. Wielką i miłą niespodzianką było dla mnie spotkanie z Andrzejem, niegdyś radiooperatorem, a obecnie elektroenergetykiem, z którym pięć lat temu przemierzałem południowy Atlantyk na pokładzie Zawiszy Czarnego.
Noc spędzona na stacji oraz prawdziwa kąpiel znakomicie poprawiły samopoczucie wszystkim członkom załogi. Rano poznaliśmy pozostałych polarników, począwszy od Krzysztofa, cooka, który zdecydowanie przejął dowodzenie w pomieszczeniach gospodarczych. Pojawiła się także żeńska cześć ekipy – Anna i Marta zajmujące się biologią, Magda – mikrobiologią (może dlatego, że nieco drobniejsza od koleżanek) i Agnieszka, dla odmiany hydrobiolog. Zwiedzając stacje i jej najbliższe okolice poznawaliśmy mechaników – Piotra i Łukasza, stolarza Krzysztofa oraz Stasia, opiekującego się najcięższym sprzętem pływająco-gąsiennicowym. Maciej, polarny lekarz, trzyma także pieczę nad stoiskiem z pamiątkami, mieszczącym się nieopodal stacji, pod latarnią morską.
Wycieczka w okolice stacji odbyła się przy pięknej słonecznej pogodzie. Dzięki temu mogliśmy podziwiać Zatokę Admiralicji w całej swej lodowej krasie. W tej scenerii znakomicie prezentowały się pingwiny białobrewe i ich nieco więksi kuzyni – pingwiny Adeli. Za to wylegujące się na brzegu lwy morskie są całe tak umorusane we własnych odchodach, że dopóki nie wykąpią się w morzu lepiej się do nich zanadto nie zbliżać. Irytuje się wtedy przywódca lokalnego haremu tłuścioszek gromko i chrapliwie porykując.
Bardzo serdeczna i rodzinna atmosfera nie mogła nas tam, niestety, zatrzymać dłużej niż do obiadu. Wypadało pamiętać, że byliśmy już trzecią załogą Zjawy IV, która na przełomie grudnia 2003 i stycznia 2004 wizytowała stację. Ostatni raz tylu polskich żeglarzy widziano tu pięć lat temu, dokładnie 5 lutego 1999 r., kiedy zawinął tu Zawisza Czarny w swojej wyprawie dookoła Ameryki Południowej.
Odwrót z Zatoki Admiralicji nastąpił 10 lutego o 1630 i był trudny, także ze względu na pogarszającą się pogodę, silny wiatr i falę „w mordę”. Wyjście poza Szetlandy zajęło nam całą noc. Po wyjściu za wyspy i otaczający je pas gór lodowych powrót przebiegał już dobrze. 13 lutego byliśmy już bardzo blisko Hornu. To nie do wiary – od dwóch dni płyniemy w słonecznej pogodzie, tu, w cieśninie Drake`a! O zmroku Starca widać już było bardzo dokładnie w zachodzącym słońcu. Potem wiatr odkręcił się na N, a potem NE i stężał pow. 6B. Ostatnie mile do trawersu Hornu dziobaliśmy do 0300 następnego dnia. 14 lutego zameldowaliśmy się w Port Williams po chilijskiej stronie kanału Beagla, a 15-go w Ushuaia, po stronie argentyńskiej. Następnego dnia na burcie zjawili się następcy.

Tak w „sztormowym” skrócie przedstawia się historia naszego rejsu na południe od Hornu, dowodzonego przez kpt. Michała Bogusławskiego z Toronto. „Mike” ze swoją poprzednią załogą, złożoną całkowicie z polonijnych żeglarzy pokonał tę samą trasę, a nawet pociągnął jeszcze bardziej na południe, docierając do kontynentu antarktycznego i desantując się nań – jako pierwsza załoga polskiego jachtu żaglowego. Teraz może mówić o „swoich Hornach” w liczbie mnogiej. Nam ledwie starczyło czasu na opłynięcie tego, co opisałem powyżej, ale przeszliśmy Drake Passage w najkrótszym czasie ze wszystkich poprzednich załóg Zjawy (wcześniej, przed Michałem Zjawę doprowadziła na Arctowskiego Joasia Pajkowska). Los nam sprzyjał. Ale nie tylko. Sami sobie też sprzyjaliśmy i pomagaliśmy w tych trudnych warunkach. Poprzednicy znali się doskonale aktywnie uczestnicząc w życiu swoich polonijnych klubów żeglarskich. My poznawaliśmy się dopiero na jachcie. Trzech kolegów mieszkających w USA – Krzysztof, Rafał i Wiesław znało się już wcześniej, ale od początku mieliśmy wspólny język mimo różnych „szkół” żeglarskich, z jakich się wywodzimy. Brak konfliktów w załodze to także duży sukces naszej wyprawy. Właściwie jedynym problemem doskwierającym na nocnych wachtach był brak herbaty z rumem, a konkretnie rumu, gdyż kapitan nałożył całkowite embargo na wszelkie „procenty”.

Wszystkim załogom żeglującym wzdłuż Ameryki Południowej bardzo pomagli Ewa Janiak i Janusz Ptak (Zawiszak z dawnych lat), oboje z Buenos Aires. Także i my mieliśmy okazje przekonać się o tym goszcząc po rejsie niemal całą załogą w domu u Janusza i Cecil, którzy otoczyli nas serdeczną i gorącą troską wspierani przez córki Gabrielę i Agnieszkę. Dzięki nim czuliśmy się w Buenos jak w domu.

Pewien etap wyprawy „Od Hornu do Hornu” już się skończył. Obydwa Horny – ten na północnym skraju Islandii i ten „Nieprzejednany” na południowym końcu świata zostały opłynięte. Kpt. Henryk Wolski w czasie tej wyprawy opłynął w ciągu jednego roku dowodząc Zjawą IV obydwa Horny, czego nikt wcześniej nie dokonał! Dla uczestników „Hornowych” etapów będą to najwspanialsze karty ich żeglarskiej historii, także i dla mnie. Jednak teraz, gdy widoki Hornu układają się pomału w albumach, powraca pewna myśl, a właściwie obawa – czy taki zorganizowany zlot załóg na Hornie, miejscu owianym tak złą sławą, nie jest kuszeniem losu? Pamiętam dramatyczne dyskusje na Zawiszy, stojącym w lutym 1999 w Punta Arenas, na temat – iść czy nie po raz trzeci na Horn? Na końcu padły najcięższe argumenty – dwa razy i wystarczy, po co drażnić Neptuna nazbyt częstą obecnością?
Prawie wszystkim Horn pokazał swój pazur, by pamiętali co znaczy to miejsce. Jednym mniej drugim więcej, jak w życiu, ale wszystkim pozwolił ujrzeć swe oblicze. Dlatego jestem wdzięczy Neptunowi za to, że mogłem na zakończenie rejsu wymalować na obudowie namiernika Zjawy, obok innych pamiątkowych już inskrypcji ze Spitsbergenu, Anatrktydy, Deception, także skromny napis – Cape Horn 06.02.2004.

Dariusz Nerkowski

Jest to pełna wersja tekstu, który po dokonaniu skrótów redakcyjnych zapewniających kompromis pomiędzy opisem a ilustracją fotograficzną ukazał się w majowym numerze pisma REJS w 2004 r. .

Graffiti

Wędrując przez osadę napotkaliśmy przepięknie pomalowany dom, który wzbudził naszą ogromną ciekawość. Zagadnęliśmy więc przechodzącego mieszkańca i po chwili usłyszeliśmy historię widniejącego na ścianie graffiti.

Przez ponad sto lat Inuitom zabraniano połowu niektórych gatunków wielorybów – dopiero piętnaście lat temu osada otrzymała przywilej połowu wielorybów grenlandzkich (bowhead whale). Pierwszego udało się złowić w 2007 roku, następnego rok później, a trzeciego dopiero 3-4 lata temu. Upolowanie wielkiego wieloryba, z małej łodzi, harpunem to nie lada wyczyn. Zauważone przez was graffiti przedstawia twarze wszystkich naszych łowców, którzy wzięli udział w pierwszym polowaniu. Do tej pory jesteśmy jedyną osadą w Nunavik, której udało się upolować wieloryba grenlandzkiego!

A co mieści się w tym domu? To tak zwany bezpieczny dom. Jednym z problemów Inuickich społeczności jest przemoc domowa. W małych, zamkniętych i odizolowanych społecznościach jej ofiary nie mają dokąd uciec. Komuna stworzyła więc miejsce, aby te osoby mogły znaleźć schronienie. Mogą tu zamieszkać na jakiś czas, mają także zapewnioną pomoc psychologa…

JACHTY NA ZATOCE HUDSONA

Wody Zatoki Hudsona przez prawie dziewięć miesięcy w roku pokryte są lodem. Mapy Zatoki są fragmentaryczne i bardzo niedokładne, a dodatkowo większość tych wód stanowi poligon wojskowy Kanadyjskiej Marynarki Wojennej. Połączenie tych czynników sprawia, że każdy jacht pojawiający się na tych niegościnnych wodach stanowi nie lada sensację. Rozmawiając z Harbour Masterem w Churchill wypytywaliśmy o jachty, które przybyły tu przed nami. Irvin przyznał, że nie pamięta kiedy był poprzedni. Na pewno nie w ciągu ostatniej dekady – pracuje w tym porcie od 1977 roku, ale jachty może policzyć dosłownie na palcach ręki – doskonale je pamięta i od razu pokazał nam ich zdjęcia. W 1986 roku pojawił się tu amerykański jacht Palawan II należący do założyciela IBMa, a mniej więcej dziesięć lat później francuski Lotus, który próbował zimować na północy Hudsona. Uszkodził wał i konieczne było wyjęcie go z wody oraz naprawa w Churchill. Był jeszcze czeski jacht, który trafił na tak ciężką pogodę na Zatoce, że właściciel zdecydował się go wyjąć z wody i wysłać do Europy statkiem. Dodatkowo Churchill odwiedził także duży jacht regatowy, ale jak się nazywał, tego już Irwin nie pamięta.

Po odwiedzinach polskiej Zjawy IV w 2005 roku w pamięci mieszkańców Churchill nie pozostał żaden ślad. Widocznie nic nie zbroili 😉

W innych osadach – a do tej pory odwiedziliśmy ich siedem – tylko manager sklepu w Kimmirut pamiętał jeden jacht – przypłynął w 2016 roku. To musiał być jeden z trzech, którym do tej pory udało się pokonać cieśninę Hecla and Fury. Nigdzie indziej, nikt jachtów żaglowych nie pamiętał.

Dwa lata temu do osad Nunavut zawitało LTE i teraz każda społeczność porozumiewa się przez swoją grupę na Facebooku. Dzięki rozlicznym koligacjom rodzinnym, wieść o pomarańczowym polskim jachcie Inatiz płynie przed nami od osady do osady 😊

RZECZY NIEMOŻLIWE ROBIMY OD RĘKI. NA CUDA TRZEBA POCZEKAĆ… DO JUTRA

Kotwica z pluskiem opadła do morza. Jacht stanął. Światła Salliq, niewielkiej inuickiej osady, oznaczały, że jesteśmy względnie bezpieczni. Maszt wytrzymał, złamany w trzech miejscach roler leżał spokojnie na burcie. Ucichł dźwięk fal i warkot silnika. W głowie pozostała gonitwa myśli, które przeszukiwały wirtualnie każdy zakamarek jachtu w poszukiwaniu części i narzędzi przydatnych do jutrzejszej naprawy. Gdzie ja, cholera, upchnąłem Norsemana? I czy to na pewno była dwunastka???

Zaczęliśmy rysować wstępny plan. Sztag i roler są dłuższe niż pokład, trzeba będzie wywieźć je na plażę. Tam rozprostować, zabezpieczyć końcówki połamanego profilu i zdjąć genuę. Następnie zakuć na nowo linę. Stworzyć nowy profil z trzech połamanych łącząc je jakoś. Całość dostarczyć na jacht. Dopasować, zamontować, założyć genuę… W pierwszej chwili brzmiało to tak abstrakcyjnie, że chyba sam nie wierzyłem w możliwość sukcesu. Popatrzyłem na siedzącą w mesie załogę i ich zmęczone twarze. Z Markiem i Darkiem robiliśmy trepanację obudowy alternatora w drodze w Rosyjską Arktykę w 2013 roku. Z Markiem Baranem przeżyliśmy urwanie boi koło Hornu rok później. Ewa, Monia, Marek, Darek i Artur zdobyli ze mną rekord świata… jachtem z dziurą w kadłubie, walcząc wcześniej o życie. Tak, mieliśmy tu zgrany i doświadczony zespół. Potrzebowaliśmy tylko odrobiny szczęścia i pomocy lokalnej społeczności.

Od momentu awarii całą drogę spędziłem szukając możliwych kontaktów w Salliq. Napisałem do wszystkich osób poznanych w trakcie poprzedniego etapu. I nagle stał się cud – dostałem informację, że poznany w Whale Cove lider misji katolickiej Mike Panika ma tu wuja, Pata. Informacja o naszych kłopotach już poszła i osada czeka. Wypatrzyli nawet światła naszego jachtu!

Poranek zaczęliśmy od ciekawej akcji rozprostowania i opuszczenia rolera na ponton i dwa kajaki. Stworzony w ten sposób zaprzęg wyglądał pociesznie, ale okazał się bardzo skuteczny i już przed dziesiątą roler dotarł na plażę. Podzieliliśmy się na cztery zespoły. Pierwszy, topowy, wciągnął Artura by zdjął zerwane okucie i wymienił fał (Pamiętacie jak TVNie Romek Paszke łowił fał w maszcie widelcem? My mieliśmy profesjonalny drut 😉). Drugi, plażowy, zajął się demontażem genuy, rozebraniem rolera i wymyśleniem jak to później złożyć w jedną całość. Do tego konieczne było pospawanie nowego okucia oraz dorobienie aluminiowych łączników połamanych profili – to zadanie otrzymał zespół terenowy. Pomyśleliśmy także o najważniejszym – jeśli mieliśmy pracować intensywnie, to ktoś musiał dostarczać ciepłą herbatę, ugotować obiad, czy upiec chleb na kolejne dni. Tak powstał czwarty zespół.

Co było dalej ciężko mi opisać. Spędziłem pół dnia jeżdżąc z Patem i szukając elektrod do pospawania nierdzewki, a następnie spawacza, który przeistoczy nowego Norsemana i stare walcowane okucie w jedną całość. Nie było łatwo, ale powoli, małymi krokami udało się osiągnąć sukces. Tymczasem na plaży wyrósł obóz – ponton regularnie kursował przywożąc narzędzia. Przydał się zapasowy agregat dzięki któremu zasililiśmy nie tylko elektronarzędzia, ale także czajnik elektryczny, by rozgrzać się gorącą herbatą. Lokalna społeczność wykazała olbrzymią empatię – co chwilę ktoś się pojawiał. Niektórzy z dobrym słowem, inni z małym upominkiem, czy na przykład ze świeżo upieczonymi cynamonowymi bułkami. Zespół plażowy pracował non stop. Nawet obiad dostali pontonem na plażę. Gdy wreszcie wróciliśmy z gotowymi okuciami, części rolera były gotowe do próby ponownego montażu. Ostatnie promienie zachodzącego słońca odbiły się w zmontowanym rolerze, który wisiał już na maszcie. To był bardzo intensywny dzień…

Kolejny poranek wzbudzał dużo więcej optymizmu. Musieliśmy już „tylko” zespawać pęknięcie na dolnym okuciu. Niby nieduże, ale lepiej było to zrobić skoro już wiedzieliśmy gdzie i jak. Następnie skręciliśmy sztag i wyregulowaliśmy takielunek. Maszt był bezpieczny! Próbę wciągnięcia żagla musieliśmy odłożyć na wieczór, czekając aż wiatr całkowicie ucichnie. Wolny czas wykorzystaliśmy na zwiedzanie osady i grzecznościową wizytę z podziękowaniami u rodziny Pata. Jacht odwiedził także ojciec Daniel, polski misjonarz, który dzień wcześniej wsparł nas swoimi narzędziami.

Wydawało się, że tylko wciągniemy genuę i będzie można ogłosić sukces. Ta z pozoru prosta operacja przeciągnęła się jednak prawie do północy. Naprowadzenie liku żagla w łączenie połamanych profili wymagało ogromnego wysiłku i precyzji od wiszącego przy sztagu Artura. Centymetr po centymetrze genua pięła się w górę, by tuż przed końcem zerwać dwa nity jednego z łączników… Profil rozszedł się blokując żagiel, który nie chciał się ruszyć ani w górę, ani w dół. Pracowaliśmy w świetle halogenów. Skostniałego z zimna Artura zmienił Marek i wreszcie, po kilku godzinach walki, udało się nam zrolować żagiel! Wszyscy byli tak przemarznięci, że plany sprzątnięcia lin, narzędzi czy pontonu musiały poczekać do rana.

Wygląda na to, że wyszliśmy z tej przygody z tarczą. Mamy założony sztag i działający roler. Trzeba będzie go oszczędzać i nie rozwijać do końca genuy lecz to niewielka cena za możliwość kontynuowania naszej przygody.

URODZINY

Wiało przyjemne 6B. Sztorm, który przeszedł, już się wywiał. Nawet w kambuzie nie trzeba było szczególnych akrobacji by coś ugotować… Jacht wspinał się na kolejne fale, niskie słońce oświetlało postawione żagle, nieśliśmy genuę i grota – obydwa na drugich refach. Nagle, w sumie nie wydarzyło się nic wielkiego, po prostu usłyszałem trzask. Pierwsza myśl? Uderzyliśmy w jakiś kawałek lodu. Wybiegłem na pokład i na sekundę zamarłem… Straciliśmy sztag genuy! 😔 Żagiel wisiał wydęty niczym genaker trzymany jedynie przez fał. Dalej sprawy potoczyły się błyskawicznie – odpadliśmy, włączyliśmy silnik, by był gotowy do użycia i rozpoczęliśmy walkę o zwinięcie i uratowanie naszego największego żagla. Nie było łatwo! Profil rolera przełamał się i nie wykazywał chęci współpracy. Wiatr targał żaglem. Szoty strzelały niczym bat. Powoli, małymi krokami, udało się nam w końcu zwinąć genuę. Uff, na szczęście maszt wytrzymał. Teraz pozostało tylko zabezpieczyć go od przodu wszystkimi możliwymi fałami. Rzut okiem na mapę – do najbliższego miejsca schronienia mamy ponad 120 mil. Po rozfalowanym morzu. W głowie kłębiły się pytania – czy maszt wytrzyma bez topowego sztagu? Co jeszcze może się wydarzyć? Dopiero w tym momencie usłyszałem jak wali mi serce. Wcześniej wszystko toczyło się jakby to był zwykły manewr – bez krzyków i ani odrobiny paniki. Każdy członek załogi odnalazł się na swoim miejscu, zadziałaliśmy jak dobrze naoliwiony mechanizm. Mieliśmy pracę do wykonania i każdy czuł, że w tym momencie od tego zależy nasze życie. Spojrzałem na zegarek – za pięć godzin zaczną się moje urodziny… Pięknie… Nad ranem pękł także fał na którym wisiał pokiereszowany roler.

Piszę te słowa. To znaczy, że przeżyliśmy. Dotarliśmy bezpiecznie do Salliq. Nie ma tu portu, więc stoimy na kotwicy przed osadą – pośrodku Arktyki, z zerwanym sztagiem i połamanym rolerem. Pamiętacie jak mówiłem, że „żeglarstwo ekspedycyjne to możliwość naprawiania jachtów w najpiękniejszych miejscach świata”? Zaczynamy nowy rozdział tej przygody. Nie poddamy się łatwo! Trzymajcie kciuki!!!

CO NAPRAWDĘ JEDZĄ INUICI

Załoga Lodowych Krain odwiedziła już kilka osad Inuickich, dzięki czemu powoli zaczął się nam rysować obraz życia ich mieszkańców. Surowy klimat, zalegający przez wiele miesięcy śnieg i temperatury dochodzące zimą do -50°C wykluczają jakąkolwiek uprawę nawet w przydomowych ogródkach. Wszystko trzeba kupić przywiezione z cieplejszych miejsc lub… upolować.

W każdej osadzie znajdują się dwa takie same sklepy. Ich zaopatrzenie na pierwszy rzut oka nie wygląda źle. To jednak tylko pozory, bo odwiedziliśmy je tuż po pierwszych, sierpniowych dostawach „supplierami”. Inuici żyją bardzo rodzinnie, ale mają także wbudowane poczucie odpowiedzialności za swoją społeczność. Dlatego jeśli do sklepu dostarczonych zostanie na przykład 20 paczek chipsów, to nikt nie kupi więcej niż jednej. Albo gdy kobieta idzie po mleko do kawy i widzi, że na półce zostało mało, to też nie weźmie więcej niż jednego – tak by zostało też dla innych. Ale nawet jeśli produkty w sklepach są – kogo na nie stać, biorąc pod uwagę astronomicznie ceny? Jak przeżyć w świecie, gdzie paczka ręczników papierowych kosztuje niemal 40 dolarów?

Najwięcej o życiu w tutejszych osadach dowiedzieliśmy się w Whale Cove, gdzie społeczność przywitała nas wyjątkowo serdecznie, a mieszkańcy zaprosili do swoich domów, pokazali jak żyją i ugościli typowymi Inuickimi potrawami. Usłyszeliśmy od nich, że przyjezdni pracujący na kontraktach zarabiają wystarczająco dużo, by kupować w sklepie, ale rdzenni mieszkańcy opierają swoją dietę w większości na tym, co upolują. Na szczęście na tych terenach żyje wiele karibu, biełuch, morsów, fok oraz oczywiście można łowić ryby.

Na biełuchy poluje się sezonowo. Myśliwi, gdy wypatrzą stado, wypływają motorówkami na polowanie. Złowione białe wieloryby są ćwiartowane i rozdzielane pomiędzy osady. Mięso oraz tłuszcz ze skórą przechowuje się we wspólnych, dużych chłodniach, skąd mieszkańcy odbierają je w miarę potrzeby. Najsmaczniejsze – według tutejszego rozumienia – kąski przeznaczone są na specjalne okazje. Za największy przysmak uchodzi „makdak” – drobno krojona surowa skóra biełuchy wraz z tłuszczem. Często serwowana jest bezpośrednio na położonym na podłodze kartonie, a każdy odkraja nożem swój kawałek i długo żuje. Szczególnie długo, jeśli robimy to my – przyjezdni – za żadne skarby nie chcący urazić naszych gospodarzy… Niektórym z nas smakował trochę jak słonina, innym bardziej przypominał sashimi z ryby maślanej. Na pewno ukłonem dla naszych nienawykłych do takich specjałów kubków smakowych było podanie makdaka z sosem sojowym.

Co ciekawe, w innej osadzie usłyszeliśmy, że prawo do polowań jest dziedziczone. Rdzenni mieszkańcy mają prawo polować na biełuchy, niedźwiedzie polarne czy morsy. Biały, jeśli poślubił Inuitkę, nabywa prawa do polowań na foki, ale już do niedźwiedzi czy biełuch strzelać mu nie wolno. Wszyscy za to do woli mogą łowić ryby. Nad ochroną największych gatunków wielorybów czuwa lokalna administracja, która wydaje Inuitom określoną ilość pozwoleń rocznie.

Nie wszystkie rodziny są jednak wystarczająco zamożne, by posiłki odbywały się regularnie. Bywa, że jednego dnia jedzą dorośli, a następnego karmi się dzieci. To skutek biedy, ale i nie zawsze racjonalnego gospodarowania pieniędzmi. Łatwo zauważyć, że zarobione pieniądze szybko się rozchodzą, nałogi nie są rzadkie i nawet tym, którzy pracują na etacie często nie starcza do następnej wypłaty.

Przejdź do paska narzędzi